Blogomania - zjawisko wysoce uzależniające, wchodzisz na własną odpowiedzialność!

Blogomania - forum dla osób piszących blogi yaoi, pokrewne i te całkiem normalne ;) jak też odwiedzających je. Bądź tolerancyjny dla tematyki innych!

  • Nie jesteś zalogowany.

#1 2008-11-30 00:12:30

Tiria

Akolita

Zarejestrowany: 2008-03-22
Posty: 672
Punktów :   
alterego: Umino Iruka/Shiranui Genma
etat: Ukeciątko
WWW

Bajki na dobranoc

W przypływie chwili opowiedziane na chatboxie. I żeby wszyscy mogli poczytać do snu to zamieszczam tutaj. Jak macie swoje bajki do opowiedzenia to zamieszczajcie tutaj

A teraz miłego spa...czytania



Firma



Nie cierpiał spotkań firmowych. Było na niej pełno ludzi których nie znał, wszyscy się do niego uśmiechali sztucznie, pytali o jakieś głupoty, kiedy on mógł w tym czasie spokojnie siedzieć przed komputerem i pracować. Szef i jego 'integrowanie' pracowników. Podszedł do stolika z kawą i nalał sobie trochę. Jedyna dobra rzecz to kawa.
Westchnął cicho i oparłszy sie biodrem o stolik patrzył na dwie dziewczyny z kadr próbujące poderwać jakiegoś bruneta. Z nim już próbowały. Kiedy ignorował je dostatecznie długo dały sobie spokój a z nimi reszta damskiej populacji firmy. Został nazwany 'Lodowym Ślepcem'. Nie obchodziło go to dopóki miał spokój. Uśmiechnął sie krzywo na widok ewidentnej ucieczki mężczyzny, który powoli zbliżał sie do stolika.
- Nie zwracaj na nie uwagi i zbywaj je milczeniem, to sie odczepią - poradził kiedy czarnowłosy sięgnął z westchnieniem po  kubek i nalał sobie kawy.
- Mówisz jakbyś już to przeżył - niebieskie tęczówki spojrzały na niego ciekawie. - Benedict Kargo.
- Gabriel Firth - uścisnał rękę.
- No tak... złotowłosy - zaśmiał sie Benedict wskazując jego blond włosy sięgające mu do polowy pleców. Poza tym niczym nie przypominał archanioła - miał czekoladowe oczy, krzywy nos, podłużną twarz z nocno zarysowaną szczęką. Był wysoki, szczupły, a niektórzy twierdzili nawet że chudy. Ponoć jedyną rzeczą którą mógł się pochwalić top zgrabny tyłek.
Przyjrzał sie dokładnie brunetowi. Miał przystojną twarz, przyjemnie wykrojone usta, zgrabną wysportowaną sylwetkę, podkreśloną przez doś drogi garnitur.
- Pracujesz na najwyższych piętrach - bardziej stwierdził niż zapytał. Odpowiedziało mu zaskoczone spojrzenie niebieskich oczu - Takie ciuchy noszą tylko szychy.
- Tak.... księgowość - mruknął niechętnie Ben i upił trochę kawy. - A ty?
- Serwis. Co widać, słychać i czuć - zaśmiał sie lekko. - Jak jest tam na górze?
- Nudno. A na dole?
- Czasami nawet ciekawie. Na pewno pracowicie - schylił się do ekspresu żeby zrobić sobie świeżej kawy póki trwa przerwa. - Ciekawe o czym szef dzisiaj będzie gadał. Wolałbym dokończyć raport.
- Ponoć szykują sie zmiany kadrowe - niebieskie oczy śledziły każdy ruch jego rąk. Potrafił rozpoznać palące pragnienie pod maską spokoju.
- Ile jeszcze do końca przerwy?
- Jakieś dwadzieścia minut - Benedict odstawił swój kubek i poklepał go po plecach. - Wybacz musze przed nimi uciec - wskazał trzy kobiety idące w ich kierunku z szerokimi uśmiechami.
- Łazienka będzie najlepsza. Tam nie wejdą.
Patrzył jak brunet oddala sie spokojnym krokiem. Zamrugał po chwili lekko zdumiony. Czy on własnie machnął palcem na niego? Zaintrygowany ruszył za nim. Dzieliła ich dość duża odległość, ale mógł przysiąc że odwraca sie i sprawdza czy za nim idzie. To jeszcze bardziej go zaintrygowało i podnieciło. Zdumiało go że kierują sie do tych vipowskich, dla kierownictwa, ale nie narzekał. Ponoć były wyciszone, czyli tym lepiej dla nich
Kiedy wszedł do środka, uśmiechnął sie szeroko na widok bruneta patrzącego na niego wyczekująco i rozpinającego koszulę. Zamknął drzwi na kluczyk, i powoli zbliżył się do niego od razu całując głęboko, zachłannie, wkładając dłonie pod koszulę. Usłyszał jego jęk, poczuł jak przywiera wyszarpując go z ubrań.
- Masz...
- Tak, nie martw sie - schodził pocałunkami na tors, przygryzając delikatną skórę, językiem drażniąc twarde już sutki. Czuł jego dłonie we włosach, i na ramionach. Sprawnie wyłuskał go ze spodni i od razu pochłonął jego nabrzmiałą męskość w usta. Benedict jęczał cicho i odchylił głowę. Wypinał lekko w jego stronę biodra.

Gabriel odsunął się i odwrócił go do siebie tyłem, sięgając do kieszeni spodni wyciągnął z niej tubkę wazeliny. Nałożył trochę i całując mężczyznę w kark włożył od razu dwa palce. Odpowiedział mu cichy jęk i wygięcie bioder. Kto by pomyślał ze jest taki chętny.
- Pospiesz się... mamy mało czasu - wychrypiał brunet między kolejnymi jękami. Gabriel nie czekając już, nałożył prezerwatywę i wszedł w niego mocnym ruchem, od razu poruszając się szybko. Benedict nie protestował, wręcz przeciwnie, wygiął się bardziej. Jęczeli poruszając ię zgodnie. Blondyn co rusz zmieniał kąt pchnięć żeby trafić w jego prostatę, co mu się w końcu udało.
Brunet krzyknął głucho i ponaglił go do szybszych ruchów, co też wykonał. Gabriel sięgnął ręką między nogi Benedicta i zaczał mu obciągać. Brunet nie wytrzymał długo i doszedł z krzykiem. Blondyn zaraz po nim. Przez chwilę uspokajali oddechy, nic nie mówiąc.
- Chyba musimy już iść - odsunął sie od bruneta i wyrzucił prezerwatywę.
- Chwila...
- Zaraz ma być przemowa...
- Beze mnie nie zaczną...
- Ostatni raz zgadzam sie na seks w firmie. Jak nas złapią...
- To na pewno nas nie zwolnią. W końcu ja tu rządzę.

Ostatnio edytowany przez Tiria (2009-08-29 21:56:34)


Kto nigdy nie żył, nigdy nie umiera,
Nic nie utracił ten co nie miał nic.
Ten kto nie kochał nie wie co tęsknota,
Nie wie co gorycz kto bez marzeń śni.

Offline

 

#2 2008-12-01 23:06:20

 Akame

Erokage

2878058
Skąd: Otchłań zapomnienia
Zarejestrowany: 2008-03-20
Posty: 706
Punktów :   10 
alterego: Liu Feilong
etat: Kwiat Yakuzy
WWW

Re: Bajki na dobranoc

Geez.... wszystko przez Div O.o..... same tego chciałyście Ti napisała bajkę krótką, fajną i ogólnie czytało się ciekawie i szybko... a toto... toto nie wiadomo co jest O.o

+18!


Na przekór przeznaczeniu



      Wirujące w powietrzu drobiny, tworzyły coś na kształt miniaturowej trąby powietrznej. W świetle księżyca przybierały barwę srebra i upodabniały się do miliardów maleńkich świetlików, które na tle granatowego nieba, tworzyły swą własną mleczną drogę. Zaciekawione wciskały się w każdy zakamarek, każdą szczelinę i odnajdywały drogę ku własnym horyzontom. Mężczyzna stojący na skale, powoli opuścił rękę, a drobiny które ją otaczały, swobodnie opadły na ziemię, łącząc się z swoimi braćmi. Porywisty wiatr przeleciał przez ogromne połacie pustkowia i mocno szarpnął białą szatą, powodując dreszcz na ciele osoby, która zapuściła się tą nocną porą w tak odległe rejony. Młodzieniec przez chwilę jeszcze wpatrywał się w ogromne połacie piasku, które przykryły małą skrzynkę, którą tak starannie ukrył przed ludzkim wzrokiem. Tylko on… On jedyny mógł odnaleźć ją pośród czerwonych piasków pustyni, tylko dwie osoby wiedziały co zawierała… Jedną był mężczyzna, który znał jej zawartość co do ostatniej zapisanej linijki… Drugim było on, który nigdy nie chciał poznać treści owego wkładu…
Skrzynka stała od dawna na komodzie w jego pokoju, mała, niepozorna, dla przeciętnego obserwatora nic nie znacząca. Dla mieszkańców domu bardzo istotna, zawierająca przesłanie… Ostatnie połączenie… Straszyła go w każdej samotnej minucie, dręczyła nocami, kiedy rzucał się bezradnie w pościeli. Napełniała obawą, niepewnością i przerażeniem. Niosła ze sobą zapowiedź samotności i rozpaczy… Nienawidził jej. Żałował, że kiedykolwiek zgodził się ją przechować. Była jak wieczny cierń, raniący samym swym widokiem. Niosła sobą zapowiedź czegoś nieodwracalnego…

      Noc… dlaczego dla niego wszystko zaczyna się właśnie nocą? Urodził się podczas burzy piaskowej, pośród głębokiej pustyni. W świetle czerwonego księżyca po raz pierwszy otworzył oczy i zaczerpnął pierwszy drażniący pyłem oddech. Tej samej nocy został naznaczony na zawsze… Później kiedy wymykał się z domu, zawsze otaczał go mrok. Właściwie jego życie składało się z niego, ciemność była przy nim zawsze i wszędzie. Samotność była jego przyjacielem i wrogiem. Nienawiść tuliła go do snu, śpiewając krwawe kołysanki. O tak… Jeżeli ktoś potrafił nienawidzić to on. Nienawidził miejsca w którym przyszło mu żyć, nienawidził domu w jakim dane było mu się wychowywać, nienawidził ludzi którzy go otaczali. Nienawidził siebie.
Chociaż nie… gdy patrzył w lustro czasami potrafił wmówić sobie, że zna znaczenie słowa miłość i kocha te otoczone czarną obwódką kocie oczy, na widok których ludzie odwracali spojrzenie, że podziwia mlecznobiałą skórę, która na przekór panującym wokół upałom nigdy nie opaliła się nawet odrobinę i że czuje się wyróżniony, mają te czerwone włosy, które nigdy nie dawały się ułożyć i sterczały na wszystkie strony, jakby umiłował je wiatr.
      Na początku wierzył, że wszystko da się odwrócić, że wystarczy grymas imitujący uśmiech, a ludzie odpowiedzą tym samym. Naiwnie ufał, że jeżeli wyciągnie rękę, to ktoś ją pochwyci i nie pozwoli mu upaść… Taki makabryczny żart z niewiele rozumiejącego jeszcze dziecka.
Pośmiejmy się razem… w końcu jest taki niezgrabny, może rzućmy kamieniem, przecież jego to nie boli, a może wreszcie komuś uda się trafić? Jednak nigdy nie zbliżajmy się do niego samego… w końcu nie jesteśmy idiotami.
Zabijał… nawet nie pamiętał swej pierwszej ofiary, gdyby ktoś go poprosił, aby podał powód, zapewne wzruszyłby ramionami, czy to ważne? Może ten ktoś rzucił o jeden kamień za dużo, a może po prostu roześmiał się za głośno… Nienawidził strachu w oczach ludzi, zabijał przez niego i dla niego. Im większy strach i przerażenie, tym słodsza była adrenalina, która budziła się w jego szczupłym ciele. Krew, która wsiąkała w piach, karmiła go swymi życiodajnymi sokami, był jak wampir, wiecznie spragniony jej widoku, zapachu, odgłosu jaki wydawała upadając na ziemię. Kochał zadawać ból, w końcu to chyba normalne, przecież wszyscy na około to robili, traktowali go jak zło, więc był złem, musiał spełniać oczekiwania tłumów. Samotny aktor, który zawsze gra rolę swego życia.

     Dorosłość przyniosła opamiętanie, zrozumienie pewnego porządku rzeczy. Zabijamy tylko wrogów, mieszkańców pozostawiamy w względnym spokoju. Ktoś wreszcie udzielił mu cennej lekcji pokory, pokazał, że nie jest niezniszczalny, że najtwardszą barierę można przebić i że na lecący kamień można odpowiedzieć łzawym uśmiechem okrwawionych warg. Zabawne, dopiero wtedy zauważył, że gdzieś tam wśród całego chaosu, są ludzie, którzy na przekór własnemu strachowi, ciągle stali tuż za nim i z troską pomieszaną z obawą, przyglądali się jego krokom. Powoli opuścił jedną z otaczających go barier i pozwolił im zbliżyć się o krok. To właściwie było dziwne, nagle popłynęła rzeka słów, jakby ktoś wysadził tamę milczenia. Co prawda to oni mówili, a on tylko słuchał, ale czasami… Czasami odpowiadał i nawet uśmiechał się lekko, kącikiem ust, jakby na próbę, czy w ogóle potrafi. Paradoksalnie gadatliwość ludzka, którą do tej pory uważał za zbędną i denerwującą, przyniosła ukojenie, pewien spokój i stabilizację. Może dlatego, że wreszcie mówiono do niego, a nie o nim? Ludzie nadal przypatrywali mu się z niepokojem, ale odkąd morze krwi zmniejszyło się do zwykłej kałuży, czasami… Czasami odważali się nawet ukryć swój strach, a zastąpić go ciekawością i chęcią poznania jego samego, pozostawiając z tyłu legendę.

      Przybył z daleka, mężczyzna o oczach jasnych jak księżyc świecący nocą nad pustynią, i włosach czarnych  jak niebo, kiedy chmury zakrywały jasne oblicze miesiąca. Długie i proste, poruszały się jakby żyły własnym życiem, otulały jego smukłą sylwetkę i zazdrośnie zagarniały dla siebie widok jego ramion i prostych, dumnych pleców. Był wyrzutkiem. Jednak w przeciwieństwie do czerwonowłosego, nikt nie patrzył na niego jak na żywy koszmar, a raczej z ciekawością pomieszaną z podziwem. Nikt nie wiedział, dlaczego mężczyzna zdecydował się na opuszczenie swej wioski, nikt nie pytał, dlaczego wybrał właśnie tę przystań. Po prostu zaakceptowali go, ciesząc się z otrzymania kogoś o takiej sławie, tak po prostu, za darmo… Był dumny, wyniosły, patrzył na nich z góry, a oni odpowiadali mu psim spojrzeniem, jakby dziękowali za to, że mogą go podziwiać i że teraz należy on w jakiś sposób do nich.
Pamiętał jak po raz pierwszy przekroczył on próg jego gabinetu i stanął przed nim wyprostowany i pewny siebie. Z góry widać było, że nie spodziewa się odmowy.
- Witaj Gaara – powiedział to tak zwyczajnie, jakby założył, że się znają… Nie pamiętał go… miał wrażenie, że nigdy wcześniej go nie widział. Bo czy można zapomnieć widok tych krystalicznych oczu? Najwyraźniej  tak… - Neji Hyuuga – dodał po chwili, a brak reakcji ze strony czerwonowłosego, wywołał pewną oznakę zdziwienia na jego jasnej twarzy.
- Czy to powinno mi coś mówić? – zapytał spokojnie, lustrując go spojrzeniem swych zielonych oczu. Widział jak się zawahał zaskoczony… w końcu był Hyuugą, jak można go było nie znać? I tutaj się nie mylił, nazwisko nie było mu obce, jednak sam młodzieniec… Cóż, nadal go nie kojarzył.
- Spotkaliśmy się kilka lat temu, w wiosce Liścia – to wiele wyjaśniało. Pamiętał z tamtąd tylko jedna osobę, chłopaka o jasnych włosach, który pokazał mu, że jego ścieżka nie jest prosta i wydeptana, ale ma też różne rozgałęzienia i tylko od niego zależy, czy będzie chciał zboczyć z raz obranego szlaku. Skorzystał na tej nauce, może nie do końca osiągnął to co chciał, ale… w końcu był Kazekage. I nie ważnie, że godząc się na to, w ten sposób sam dał się zamknąć w złotej klatce.
- Czego chcesz?
- Zostać tutaj, jako shinobi Suna Gakure – to go zaskoczyło.
- Dlaczego? – musiał zapytać, w końcu nikt ot tak, nie zmienia sobie miejsca zamieszkania, a na pewno nie robią to ninja z przynależnością rodową. To było ważne.
- Może właśnie takie jest moje przeznaczenie? – odpowiedział pytaniem na pytanie i… właściwie to wystarczyło. Gaara znał słowo „przeznaczenie”, wiodło go przez życie jak skazańca na grubym łańcuchu, którego nie mógł zerwać. Rozumiał je jak nikt inny, może dlatego zgodził się od razu, aby chłopak stał się shinobi piasku? Może dlatego machnięciem ręki zbył radę, która pełna wątpliwości, zanegowała jego postanowienie, o wcieleniu Hyuugi do grona najbliższego mu otoczenia?
A czarnowłosy się sprawdzał. W niedługim czasie został kapitanem ANBU. Brał udział w najniebezpieczniejszych misjach i wychodził z nich bez szwanku, przyprowadzając z sobą swoją drużynę, która patrzyła na niego w niemym uwielbieniu. Był znakomitym strategiem, niezrównanym wojownikiem. Jego byakugan, ratował im nie raz życie, jego rady zawsze okazywały się tymi jedynymi słusznymi. Czy ktoś w wiosce mógł mu dorównać?
Może tylko sam kazekage…

      Jeżeli coś zbliża ludzi to jest to na pewno samotność. Najpierw obchodzili się z daleka. Jak dwa węszące psy, zaznaczali swoje terytorium, bacząc na ile mogę sobie pozwolić. Krążyli wokół siebie z nosami przy ziemi, czujnie obserwując każdy ruch przeciwnika. Było by to zabawne, gdyby nie towarzyszący temu niepokój. Gaara czuł jakby ktoś zrywał z niego niepostrzeżenie kolejne bariery i zaglądał pod maskę, której nikt ceniący sobie życie nie śmiał ruszyć. Hyuuga robił to bezczelnie i bez jakiejkolwiek skruchy. Potrafił doprowadzić do go wściekłości i równocześnie uspokoić jednym wypowiedzianym przez siebie słowem. Rozjątrzał jego rany, by potem smarować je leczniczym balsamem zrozumienia, tak aby goiły się i na koniec pozostawała tylko blizna, jako niemy świadek wydarzeń.  Obaj byli mistrzami w milczeniu, potrafili godzinami siedzieć na szczycie wieży i obserwować pustynię nocą, lub też wschód słońca, gdy Neji po jakiejś szczególnie ciężkiej misji nie mógł spać. Czasami po prostu siadali w wykuszu okiennym, naprzeciw siebie, z podkurczonymi nogami i wpatrywali się w siebie bez słowa, ani na chwilę nie spuszczając wzroku, jakby od tego zależało ich życie, jakby prowadzili niemą rywalizację. Ich wypady za wioskę na początku wzbudzały głośny sprzeciw. W końcu był Kazekage, należała mu się ochrona… jednak kto mógł chronić go lepiej niż on sam? Czyż nie był tym niezniszczalnym? Człowiekiem z obroną absolutną? Jednocześnie tarcza z piasku izolowała go od ludzi, tak naprawdę nie pamiętał aby ktokolwiek dotknął jego samego. Owszem czasami ktoś podał mu rękę, poklepał po plecach. Jednak zbroja z piasku nie dopuszczała do niego ciepła ludzkiego ciała i… pomimo że nie chciał, sama zazdrośnie broniła do niego komukolwiek dostępu. Czasami miał dosyć, chciał ją odrzucić, poczuć jak to jest, gdy pod palcami czuje się skórę inną niż własna, jednak w momencie gdy wyciągał rękę, piasek na przekór wszystkiemu sam otaczał jego palce jak zaborczy kochanek.
Sam wśród tłumu…

      To stało się pewnej nocy, bo jakże by inaczej. W końcu wszystko co ważne, dzieje się nocą. Siedział na wieży obserwując wyjście z doliny. Neji powinien był już wrócić z misji, jednak jego nieobecność przeciągnęła się już cztery dni i Gaara po raz pierwszy odczuł prawdziwy niepokój o drugiego człowieka. To bolało… Zaskoczony wodził palcami po swojej głowie, jakby chciał odgonić od siebie niezwykły objaw. Nigdy nie czuł bólu, nawet kiedy sam chciał się zranić aby poczuć to co inni ludzie, nie mógł. Piasek odebrał mu prawo do decydowania o sobie samym, to on był tu bogiem. Ten ból narastał od wewnątrz, wywoływał niepokój, suchość w gardle i rozbiegane spojrzenie sunące po pustyni, która wydała mu się jak nigdy pusta i nieprzystępna. Czwarta nieprzespana noc dała o sobie znać pieczeniem pod powiekami, znużony oparł głowę o mur i przymknął oczy. Sen zakradł się niepostrzeżenie, przejmując go w swe władanie. Ktoś mógłby pomyśleć… wreszcie odpocznie… lecz jak można odpocząć pośród koszmarów? Jego sny miały barwę czerwieni, krzyczały głosami zabitych i przeklinały jego istnienie. Zabijał je jedne po drugim, bez litości i opamiętania, a gdy się budził, siadał na łóżku i bezradnie przyglądał się własnym dłoniom, jakby szukał na nich śladów zakrzepłej krwi.
Tym razem było inaczej, obudziły go kroki, ktoś wtargnął na jego terytorium bez zaproszenia. Otworzył gwałtownie oczy i poderwał się z wykuszu. Długowłosy mężczyzna stał w wejściu i patrzył na niego spokojnie, jakby lekko zawstydzony, że przerwał mu sen. Spotkali się w pół drogi, stanęli niepewnie naprzeciw siebie, przyglądając się sobie badawczo. Jeden szukając ukrytych zranień, ze zdziwieniem stwierdzając, że ból mija, gdy krew na ubraniu mężczyzny stojącego przed nim, okazuje się być krwią przeciwnika. Drugi jakby w zaskoczeniu, obserwując emocje grające na twarzy, która na co dzień wydawałaby się być maską wykutą z białego marmuru.
- Jesteś – tylko jedno słowo, jakże oszczędne, a mające tyle znaczeń. Czerwonowłosy nie wiedział kiedy znalazł się z twarzą wtuloną w zaborczo obejmujące go ramiona Nejiego. Hyuuga w szoku słuchał świszczącego oddechu mężczyzny, który dygotał cały jakby nagle znalazł się pod wpływem jakieś nieznanej mocy.
- Wszystko w porządku? – odsunął go od siebie, nadal trzymając dłonie na jego ramionach. Niepewne skinięcie głową, opuszki palców Kazekage powędrowały do jego twarzy. Z początku niepewne, jakby zaskoczone miękkością jego skóry, potem coraz śmielsze, łapczywiej zagarniające jego włosy, przeczesujące je i cieszące się ich aksamitem. Ciepło…

      Tej nocy kochali się po raz pierwszy…

      Gaara czasami zastanawiał się dlaczego Neji… Piasek odrzucał wszystkich, nawet jego rodzeństwo dotykało tylko skorupy, nigdy jego samego. Jego warstwa ochronna blokowała dostęp każdemu, jak i jego samego odcinała od świata. Z Hyuugą było inaczej, nic ich nie ograniczało, piasek znikał i nie pojawiał się dopóki Sabaku nie opuścił pokoju, lub nie przyszedł ktoś trzeci. To było dziwne, to było niezwyczajne, to było nowe… Kazekage po raz pierwszy mógł poczuć ciepło drugiego człowieka, takie prawdziwe, delikatne i pulsujące życiem. Skóra Nejiego ożywała pod jego palcami, pulsowała i drgała, jakby krew płynąca w żyłach przyspieszała i nie zamierzała zwalniać. Nigdy nie mówili o miłości, miłość nie była im przeznaczona, samo jej wspomnienie mogło przynieść pecha. Hyuuga nadal chodził na misję, nadal zabijał i wypełniał swoją rolę dowódcy ANBU. Gaara nadal zamykał się w swojej złotej klatce i udawał, że rządzi krajem piasku. Nieprzerwanie też wieczorami chodził do wieży i wpatrywał się w rozległe połacie pustyni, szukając na nich śladu powracającego życia. I to życie wracało, patrzyło na niego swymi krystalicznymi oczami, w których czaiła się czerwona krew wrogów, a potem zamykało powieki, przez chwilę trwało w milczeniu, gładząc go kciukiem po pulsującej żyłce na szyi, by na powrót podnieść powieki i wtedy… wtedy Gaara widział już tam tylko swoje odbicie. To był ich wspólny rytuał, oczyszczenie, odrzucenie mroku, pozostawienie go za drzwiami, gdzieś w zakamarkach własnej, dawno rozwalonej na kawałki duszy. Wspólnie zbierali niezdarnie jej szczątki i składali z nich na nowo swój prywatny azyl, nieudolną Arkadię, pełną pęknięć i zadrapań, ale przecież ich własną.

      List przyszedł po dwóch latach, to wtedy właśnie Neji podarował mu skrzynkę. Emisariusze z Konoha, wręczyli mu go i pełni nadziei oczekiwali na pozytywną odpowiedź. Hyuuga zamknął się wtedy w pokoju na cały dzień, nie wpuścił nawet Gaary, dopiero wieczorem… kiedy księżyc wysoko stał już na niebie, otworzył drzwi i stanął przed nim, ściskając w ręku drewniane przekleństwo.
- Jeżeli nie wrócę, po prostu to otwórz i przeczytaj – tylko kilka słów, a zawarta w nich prawda zabolała, jakby ktoś nagle wyrwał i podeptał cały, misternie ułożony z kawałków puzzli świat. Tej nocy kochali się z pasją, oddając sobie wszystko co mieli, bez masek i zimnych twarzy. Dłonie bruneta gładziły jego jasne ciało, jakby chciały nauczyć się go na pamięć. Dotykały każdej krzywizny, wdzierały się w najbardziej wrażliwe miejsca, łączyły w jedno westchnienie, jeden krzyk. Pisały własny poemat, prywatną historię. Usta błądziły po szyi, kąsały wrażliwe brodawki, język smakował ich smak i cieszył się odzewem. Czerwonowłosy prężył się pod nim, starając się oddawać każdą pieszczotę w dwójnasób, swoimi jękami, obwieszczał własną gotowość i niecierpliwość. Jednak Hyuuga się nie spieszył. Powoli sunął w dół, z twarzą przytuloną do jego płaskiego brzucha, z włosami rozrzuconymi w nieładzie, łaskoczącymi i pieszczącymi mężczyznę niczym tysiące motylich skrzydeł. Kiedy w końcu wziął go w usta, Gaara zacisnął dłonie na prześcieradle, gwałtownie wypychając biodra do przodu, niezaspokojony i chłonący każde doznanie, jak błądzący po pustyni, który właśnie dotarł do oazy i raduje się studnią pełną wody. Usta długowłosego shinobi pieściły go długo i delikatnie, nie pozwalając mu dojść, lizały członek z namaszczeniem, nie omijając żadnego jego skrawka, przygryzały główkę i z lubością spijały krople przeźroczystego nektaru, zwiastującego rozkosz. Dłonie pieściły jego uda, sunęły po bokach, masowały wrażliwe jądra. Głowa poruszała się rytmicznie, w górę i w dół, zapamiętując kształt i smak kochanka. Ssał, zasysał i pochłaniał go tak głęboko, że zbuntowane gardło wpadało w wibracje, które powodowały tylko dodatkowe, nieznane jeszcze wrażenia. Gaara czuł się, jakby Neji połykał go powoli, czuł ruch jego krtani, gdy ten przełykał ślinę, czuł nacisk języka, który wyciągał się, jakby chciał objąć go niczym wąż… Błądził dłońmi w jego włosach, rozsypując je na swoim torsie i co chwila unosił głowę wdychając ich znajomy zapach. Ciesząc się ich delikatną strukturą. Te czarne pasma były jego afrodyzjakiem, uwielbiał zanurzać w nich twarz, gładzić je i przepuszczać niczym jedwabną przędzę pomiędzy palcami. Bezcennym wydawał mu się widok kochanka, kiedy ten odrzucał głowę i pozwalał tej swoistej kaskadzie opadać na swoje plecy i pośladki. Wyglądało to tak, jakby nagle czarny wodospad wyrywał się spod kontroli i próbował zagarnąć dla siebie, jak najwięcej tego męskiego, pięknie zbudowanego ciała. Poczuł dłonie mężczyzny na swoim boku, jak delikatnie, acz stanowczo przekręcały go ba brzuch. Odwrócił się z westchnieniem, instynktownie wypinając pośladki i bez zażenowania eksponując swoje różowe, zapraszające wejście. Chciał aby Neji wziął go od razu, z całym tym bólem i drgającymi mięśniami, w konwulsyjnych drgawkach, zamykającymi się na jego członku, otulającymi go jak ciepła rękawiczka. Jednak ta noc była długa, na wszystko miał przyjść czas… Hyuuga nie chciał się spieszyć, przylgnął biodrami do jego pośladków, ocierając się o nie i drażniąc go swą gorącą męskością, aż szarpnął się niespokojnie. Przytrzymał go łagodnie acz stanowczo, dłońmi gładził jego plecy, włosami masował boki, zarzucając je jak bicz, który nie rani. Delikatnie prowadził język wzdłuż jego kręgosłupa, po to tylko, aby na końcu oderwać go od skóry i przenieść na aksamitną skórę pośladków. Gładził je jakby od niechcenia, składał na nich gorące pocałunki, zasysał to delikatnie, to znowu mocniej, co pozostawiało na nich czerwone ślady, jakby naznaczał swoje terytorium.  Jak gdyby chciał zostawić tam swój podpis, mówiący… Byłem tu, dotykałem ich, były moje, a ty właśnie wkroczyłeś na zakazany obszar… Kiedy w końcu dotknął go swym gorącym językiem, czerwonowłosy krzyknął wbijając zęby w poduszkę. To było cudowne, czuć jak penetruje go, zagłębiając się delikatnie, rozszerzając go i przygotowując na głębsze i intensywniejsze doznanie. Powolność zamieniała się w słodką torturę, język lizał wejście dookoła, czasami jakby zastanawiając się na ile może sobie pozwolić, to znowu zagłębiając się gwałtownie i z gorliwością. Kiedy zastąpiły go palce, z ust Gaary, nie wydobywały się już jęki… na to było za późno, zdarte gardło pozwalało tylko na dzikie, nieokiełznane wycie, które było tłumione przez materiał poszewki. Gładził jego wnętrze, powoli szukając tego jednego, najbardziej czułego miejsca… jeden palce, potem dwa… do trzech już nie dotarł… tak długo był opanowany, tak długo pozwalał kochankowi czerpać rozkosz samemu sobie jej odmawiając. Chciał by zapamiętał go na zawsze, by kładąc się w swym wielkim, białym łóżku Kazekage, czuł jego dotyk, zapach, słyszał jego głos… Moment kiedy wbił się w niego, wywołał rozdzierający ciszę nocną krzyk, który wyrwał się z dwojga ust równocześnie. Gaara poderwał się gwałtownie do góry, jakby smagnięty biczem i gwałtownie przywarł plecami do jego klatki piersiowej. Ręce uniósł do góry i zaplótł je z tyłu na jego karku, odwracając twarz i wyginając się do pocałunku. Jak w transie parł do przodu, ciągnąc go za sobą, aż przyległ piersią do zimnej ściany, czując za sobą jego dotyk, czując w ustach jego smak, czując jak drga w nim spazmatycznie. Poruszali się jednym zgodnym rytmem, ich jęki rozbijały się o ściany, powracając do nich echem ich własnych oddechów. Neji uderzał raz mocno, prawie wciskając klęczącego przed nim mężczyznę w ścianę, to znowu lekko i delikatnie, kiedy czuł, że ten zaciska się w na jego męskości, w konwulsyjnych wręcz skurczach. Wtedy chwytał jego członka i ściskał go lekko u nasady, oddalając tym samym zbliżający się orgazm. Gdy kolana kochanka zaczęły się uginać, cofnął się lekko, pozwalając mu położyć się na plecach, złapał go pod kolana i kolejny raz wszedł w niego, z zachwytem przyglądając się jak jego własna męskość zanurza się w nim po sam kraniec. Widok był tak przesiąknięty erotyzmem, że cofał się kilkakrotnie, opuszczając całkowicie jego wnętrze, by na powrót wejść w niego jednym szybkim ruchem, wywołując tym samym, skowyczący wręcz krzyk leżącego pod nim chłopaka. Pochylił się i pozwolił jego męskości ocierać się o ich brzuchy, składając gorące pocałunki na jego szyi i ustach. Jednak gdy tylko czuł, że Sabaku dochodzi, na powrót chwytał jego męskość i ściskał stanowczo. Kochali się jak w natchnieniu, paznokcie czerwonowłosego, znaczyły jasną i delikatną skórę jego pleców, sam przywierał mocno do jego wyeksponowanej szyi, gdy ten prężył się wyginając do tyłu. Pot zdobił ich ciała tysiącami maleńkich kropel, które obficie spływały, żłobiąc swoje własne ścieżki. Przetoczył się na plecy, pociągając go za sobą. Z zachwytem przyglądał się, jak porusza się na nim, odrzucając głowę do tyłu, w dłoniach trzymając końcówki jego włosów, jakby to były lejce rasowego ogiera, którego właśnie ujeżdżał. Uwielbiał go w tej pozycji, kiedy mógł gładzić jego delikatny, a jednak męski tors, nadawać ruch jego biodrom, podtrzymując je stanowczo, pieścić prężącą się męskość. Tym razem nie zamierzał mu przerywać. Trzymał w ręce prężący się członek, obficie skropiony wilgocią, i z zapamiętaniem rozsmarowywał ją na nim. Jeszcze kilka ruchów, jeszcze jedno przesunięcie dłonią i poczuł jak chłopak zaciska się na nim, prężąc się i wydając z siebie ostatni jęk, przewyższający wszystkie pozostałe. Doszedł w nim, rozlewając się głęboko, gorącym strumieniem. Poczuł jak chłopak opada na niego bez sił, oddychając ciężko i urywanie. Uniósł jego głowę, całując go głęboko i namiętnie. Wsunął dłoń między ich usta, przesuwając palcami po jego wargach i rozsmarowując na nich jego własne nasienie. Słodko gorzki smak… jak ta noc… Poczuł jego język na swym nadgarstku i pomógł mu pozbyć się soków, czyszcząc dłoń własnymi ustami, z pocałunkami ukrytymi pomiędzy palcami. Zasnęli nad ranem, bez słów, spoceni i nadal pachnący seksem i czymś jeszcze, czymś o czym nie wolno było mówić głośno…

     Odszedł rano, w milczeniu, nie odwracając się, nie machając na pożegnanie, nie mówiąc… żegnaj.

      Czas jest względny, potrafi sprawić, że dni mijają szybko, gnają bez opamiętania, lub też snują się wolno, wlekąc ociężale, jakby na swych plecach niosły ciężar i udrękę świata. Pustynia pozostawała niezmienna, piasek niczym w ogromnej klepsydrze przesuwał się miliardami  drobinek, ciekawsko zmieniając swe miejsce. Wszystko się zmieniało, tylko Kazekage pozostawał ten sam… tylko w wieży nie narastał kurz, codziennie zamiatany jego sandałami, gdy siadał w wykuszu okiennym, patrząc na bezkresne nocne niebo… Na początku gładził skrzynkę opuszkami palców, muskając delikatnie jej kłódkę. Jednak nie otwierał jej… miał wrażenie, że jeżeli złamie pieczęć… jeżeli przeczyta ostatnie przesłanie, zamknie za sobą rozdział, którego nie chciał zamykać… mógł czekać, łudzić się nadzieją… w końcu tylko ona pozostała… Gdyby i ją odrzucił, czym by się stał?  Ból narastał w nim, a samotność bolała w dwójnasób. Teraz kiedy poznał czym jest ciepło drugiego ciała, nie umiał już radzić sobie z nią tak jak dawniej, wżerała się w niego i drążyła go jak złośliwy robak. W końcu to zrobił… wyniósł skrzynkę na pustynię i pozwolił jej opaść na dno ruchomych piasków… był jedynym który potrafiłby ją wydobyć, jednak wiedział, że nigdy tego nie zrobi. To ten kawałek drewna miał zostać pogrzebany, gdyby kiedykolwiek zajrzał do środka… wtedy jego kruche człowieczeństwo mogło by upaść na kolana i nigdy się nie podnieść… Wtedy to ono spoczęło by w otchłani jego zapomnienia…

      Wrócił trzy lata później, nocą… znowu bez słowa. Bez uprzedzenia, bądź jednego listu. Stanął w drzwiach wieży w ciszy i sycił się wzrokiem siedzącego w oknie mężczyzny. Nigdy nie chciał tego co mu ofiarowywano. Po śmierci wuja mógł mieć wszystko, mógł wrócić… zająć należne mu miejsce… jednak dla niego było za późno… zostawił poza Konohą coś ważnego, już nie był dziedzicem, był po prostu shinobi Suna Gakure.
- Hinata osiągnęła pęłnoletność – stwierdził przerywając ciszę. Przez chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa, a potem Gaara spokojnie skinął głową, powracając do kontemplacji nieba i rozciągającej się pod nim pustyni.

      Nigdy nie powiedział mu, że nie przeczytał jego listu. Nie było to potrzebne, Neji i tak wiedział. Wystarczyło spojrzenie na puste miejsce i trzy słowa z ust czerwonowłosego.
- Nie była potrzebna…
Czasami na przekór przeznaczeniu, życiu nudzą się kopniaki, ignorując blizny można po prostu starać się uwierzyć w marzenia.


- Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek.


http://img406.imageshack.us/img406/2435/yakuzae.jpg

Offline

 

#3 2008-12-01 23:22:28

Tiria

Akolita

Zarejestrowany: 2008-03-22
Posty: 672
Punktów :   
alterego: Umino Iruka/Shiranui Genma
etat: Ukeciątko
WWW

Re: Bajki na dobranoc

Wczorajsza bajka dla Akame żeby nie było że tylko jednej osobie opowiadam

"Po raz kolejny sprawdził skrzynkę mailową i z warknięciem zatrzasnął klapę laptopa. Nic. Od tygodnia nie dostał żadnej odpowiedzi. A przecież obiecali. Usłyszał szepty za drzwiami. Miał dość obmawiania. Chciał jak najszybciej zmienić pracę. Usłyszał pukanie.
- Wejść! - do gabinetu wręcz wsunęła się jego asystentka. - Czego?!0
- Dyrektor pana wzywa - odpowiedziała drżącym głosem patrząc na niego zmartwiona. - Victor.... ja... mam nadzieję....że zostaniesz...
- Meg jak sobie to wyobrażasz? - odwrócił sie do niej zrezygnowany. - Jestem tematem plotek, żaden facet nie odważy się ze  mną rozmawiać nie mówiąc o współpracy. Jestem gejem, co dla nich stanowi rodzaj rozrywki i jednocześnie budzi lęk. Myślą pewnie, że chce każdego z nich przelecieć. A to ze sami zaliczają prawie każdą pracownicę jakoś im nie przeszkadza.
- Nie wszyscy tak myślą - zaprotestowała słabo.
- Wiem, ale tych myślących inaczej jest za mało. Idę do szefa - nie patrząc na nikogo, dumnie wyprostowany ruszył do gabinetu prezesa. Przed drzwiami odetchnął cicho i na skinienie sekretarki zapukał. Gdy usłyszał przyzwolenie, wszedł spokojnie zamykając za sobą. To pomieszczenie zawsze go uspokajało, chociaż miał mało okazji do przebywania w nim. Nie było jakieś wielkie, ani jakoś specjalnie udekorowane. Jednak miało w sobie dużo z charakteru człowieka, który w nim pracował, a obecnie stał w oknie, spoglądając na rozciągający się przed nim widok.
- Stałeś się dość popularny Victor - usłyszał głęboki tembr, który zawsze przyprawiał go o dreszcze.
- Przepraszam za to zamieszanie, panie Tadeki - ukłonił się nisko nie podnosząc głowy. Z ludźmi takimi jak Tadeki Jun nie dyskutowało się ani nie błagało o litość. Praca z nim wymagała samozaparcia i poczucia własnej wartości. Dlatego musiał odejść. Nie mógł pozwolić na skandal.
- Przeprosiny nic tu nie zmienią - wysoki, ciemnowłosy mężczyzna odwrócił się do niego przodem i gestem zaprosił do fotela przy kominku. Był zdumiony, że dostąpił tego zaszczytu. W tych fotelach siedzieli najważniejsi kontrahenci, czy też najbardziej zaufani pracownicy. Na sztywnych nogach podszedł do wskazanego przez prezesa miejsca i usiadł wyprostowany jak struna niepewnie patrząc na Tadekiego.
- Wiesz, że musisz odejść - szef popatrzył na niego twardo. Skinął głową. - To dobrze. Przynajmniej obędzie się bez nieprzyjemnych scen - usiadł w fotelu obok. - Nie chcę jednak pozbywać się tak dobrego pracownika. Mam dla ciebie propozycję.
- Propozycję? - nie umiał powstrzymać zdumienia, rozszerzającego jego oczy. 
- Tak, ale nie musisz jej przyjmować od razu. Możesz też odmówić, jeżeli nie będzie ci odpowiadać - Tadeki skrzywił się lekko. - Jak wiesz konkurencja jest wielka, zwłaszcza w naszej branży. Nie mogę pozwolić, żebyś przeszedł do któregoś z moich wrogów. Dlatego nadal będziesz u mnie pracował, ale tak bardziej prywatnie.
- To znaczy? - był zaintrygowany. Jeżeli to było to, co się domyślał....
- Założysz własną firmę, którą wynajmę. Proste - ... to wszystko było w różowych barwach.
- Jakie proponuje pan warunki? 
- Skusiłeś się, co? - lekki uśmiech zagościł na ustach mężczyzny sprawiając, że jego przystojna twarz była bardzo pociągająca. - Nienormowany czas pracy, dwukrotna pensja, mój dom na wyspie do własnej dyspozycji.
- Od kiedy?
- Od zaraz. Masz dwa dni na zastanowienie - Tadeki podszedł do biurka i wziął z niej białą kopertę. - To pańska odprawa z referencjami. Dowidzenia.

Siedział w fotelu i patrzył na białą kopertę niepewny czy chce ją otworzyć. Jak na czek i kartkę była wyjątkowo za gruba. Zastanawiał się, co jeszcze Tadeki wymyślił. Z tego, co wiedział kilku jego poprzedników odeszło, ale żaden nie dostał takiej propozycji. Sprawdził. Upił łyk kawy i ponowie spojrzał na kopertę. 'A co mi tam. Najwyżej wybuchnie
pomyślał i otworzył jednym ruchem. Nie mylił się w środku był list. Uśmiechnął się czytając go. Tadeki jasno nakreślił zasady ich ewentualnej współpracy. Spojrzał na czek i aż szczęka mu opadła. To było jego półroczne wynagrodzenie! 'Ciekawe, co chce jeszcze' pokręcił głową i ruszył do dzwoniącego uparcie telefonu.
- Słucham?
- Zdecydowałeś się?
- Właśnie podjąłem decyzję.
- Kiedy przyjeżdżasz?
- Jutro.
- Nie bierz za dużo rzeczy. Wszystko, co potrzebne jest na miejscu - rozłączył się nawet nie żegnając. Cały Tadeki. Zawsze tak z nim rozmawiał. Jakby wszelkie formy grzecznościowe wobec niego były zbędne. Nie to że się dopraszał, ale czasami brakowało mu jakiegoś 'do widzenia', albo 'dobra robota'. Pokręcił głową i zaczął się pakować. Zgodnie z instrukcją wziął tylko najbardziej osobiste rzeczy, komputer i dokumenty. Przed domem czekała już taksówka na lotnisko. Zamknął mieszkanie i oddał klucze sąsiadce by doglądała kwiatków.
Zbudziła go stewardesa, informując, że zaraz będą lądować. Poprawił krótkie, brązowe włosy i zapiął pasy. Nie cierpiał latać, ale nie miał wyjścia. Bardziej od tego nie znosił pływać.
Na lotnisku zobaczył człowieka z jego nazwiskiem na tabliczce.
- Victor Brann?
- Tak.
- Proszę za mną. Pan Tadeki już czeka - nie oglądając się na niego mężczyzna w czerni ruszył przed siebie. Zaprowadził go na parking gdzie czekała limuzyna. Bez słowa wsiadł i ruszyli dalej. Z ciekawością oglądał mijane miejsca. W tej części Japonii jeszcze nie był, mimo że mieszkał w tym kraju od dwudziestu lat, czyli prawie całe swoje życie. Zajechali przed dość starą posiadłość. Szofer otworzył mu drzwi i wskazał wejście. - Proszę dalej iść samemu.
Wszedł niepewnie do przestronnego holu. Zdjął buty jak to mieli w zwyczaju Japończycy i ruszył na dalsze poszukiwania gospodarza. Wszedł do jakiegoś pokoju, prawdopodobnie salonu. Na niewielkim stoliczku leżała koperta z jego nazwiskiem. Rozejrzał się niepewnie, po czym otworzył i przeczytał małą notkę. "Rozgość się. Pokój po lewej jest twój. Po posiłki dzwoń. Na łóżku leżą instrukcje dotyczące pracy. Wrócę za tydzień." No pięknie. Został sam w wielkim domu, pośrodku niczego.

Mijał już czwarty dzień trzeciego tygodnia, a Tedeki nadal się nie zjawiał. O dziwo zadomowił się szybciej niż przypuszczał. Służba była uprzejma i miła, ogród tak przestronny, że zobaczenie wszystkiego zajęło mu trzy dni (przy dwóch udanych próbach zgubienia się). Każdego dnia dostawał kolejne zlecenia. Wszystko internetem lub faxem. Nie słyszał nawet głosu swojego szefa. Pod koniec drugiego tygodnia zdał sobie sprawę, że tęskni za szefem, nie tyle za jego obecnością, ale tez za tym głębokim głosem, niedokończonymi zdaniami, czy twardym spojrzeniem. Nawet za ulotny zapachem jego ciała, gdy przechodził obok. Najgorsze było jednak to, że od dwóch dni nie dostawał żadnych wieści. Siedział teraz na mostku pośrodku ogrodu, i zastanawiał się, po co w ogóle się tutaj zjawił. Poznał Tadekiego z opowiadań służby, ale to mu nie wystarczało. Chciał sam z nim porozmawiać, wydobyć jakiejś ciekawe historyjki, zobaczyć jak się rozluźnia wśród panującej tu ciszy, jak się uśmiecha, jak... "Rany daj sobie spokój. To twój szef!'
Westchnął cicho i zapatrzył się w pojawiające się coraz szybciej gwiazdy.
- Nie pracujesz? - ciche pytanie wypowiedziane dawno oczekiwanym głosem sprawiło, że zamarł. Odwrócił się powoli i patrzył rozszerzonymi oczami na mężczyznę w czarnym kimonie.
- Nie dałeś mi żadnego zadania. Odpoczywam - wzruszył ramionami, jednak w środku drżał. Przełknął ślinę przez nagle suche i wąskie gardło, gdy mężczyzna podszedł i usiadł obok niego.
- Szkoda ze inni nie są tak pracowici
- Inni nie maja tyle wolnego czasu - stwierdził sucho i spojrzał znowu w niebo.
- Nie doceniasz siebie - ciepły oddech owiał jego ucho. Odsunął się nie znacznie patrząc niepewnie na Tadekiego.
- Nie rozumiem.. po co mnie tu pan sprowadził? Równie dobrze mógłbym pracować w swoim domu.
- Ale ja chcę żebyś pracował w moim domu - lekki uśmiech zagościł na ustach czarnowłosego. - Nie podoba ci się tutaj?
- Podoba, ale fajnie byłoby nie gadać tylko do siebie - nadal zachowywał dystans. W pewnym momencie zrobiło mu się bardzo gorąco, więc w stał i ruszył do domu. Czuł ze mężczyzna idzie za nim. Zaklął w duchu, kiedy poczuł świdrujący wzrok na swoich pośladkach. 'Niemożliwe! On nie może... A może jednak?' pokręcił głową i przyśpieszył kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.
Nie zdążył jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy mężczyzna wśliznął się do pomieszczenia.
- Co ty sobie wyobrażasz? - nie zważał już na formy grzecznościowe. Nikt nie miał prawa wejść do jego pokoju bez pozwolenia. - Nie obchodzi mnie, że to twój dom.
Tadeki podszedł do niego z drapieżnym uśmiechem na ustach.
- No w końcu. Myślałem ze nigdy nie pozbędziesz się tej sztywnej fasady - i nie dając mu czasu na protesty przycisnął do ściany całując namiętnie i zaborczo.
Nie wiedział, co się właściwie stało. W jednej chwili wrzeszczał na swojego szefa, a w drugiej był przez niego całowany i rozbierany. Chciał jakoś zaprotestować, ale jego ciało było zbyt spragnione tych delikatnych i czułych dłoni. Jęknął głucho wprost w usta Tadekiego, gdy ten zamknął dłoń na jego członku. Uwolnił swoje ręce, wplatając je od razu w czarne kosmyki, i pogłębiając pocałunek.
- Wiedziałem - wychrypiał szef prosto w jego szyję - że nie jesteś obojętny - i znowu zawładną jego ustami, prowadząc w kierunku łóżka. Victor oddał się wszelkim pieszczotom z jękiem i westchnieniami, oddając każde muśnięcie i dotyk. Rozpalali się powoli, chcąc dawać i brać rozkosz. Kiedy przyszło spełnienie, świat mu zawirował przed oczami, a jedyne co słyszał to własny krzyk, a  zaraz po nim głuchy jęk kochanka. Dopiero po paru minutach doszedł do siebie na tyle by spojrzeć na szefa, wciąż wtulonego w jego ciało.
- Dlaczego?
- To chyba oczywiste.
- Nie dla mnie. Mój mózg śpi.
- Już kiedy cię przyjmowałem, wpadłeś mi w oko. Później twój profesjonalizm i wręcz pracoholizm wzbudził mój podziw. A kiedy po firmie zaczęły krążyć plotki uznałem ze mam szansę - Tadeki zamilkł na chwilę, po czym odparł z figlarnymi ognikami w oczach. - To ja kazałem zabrać cię chłopakom na piwo, zamówiłem też tego chłopaczka i powiedziałem, co ma robić.
- Straciłem pracę przez ciebie? - nie mógł uwierzyć ze jego szef...
- Cóż, wszelkie środki są dozwolone. Nie mogłem pozwolić żeby ktoś mi cię ukradł sprzed nosa. A jako szef nie mogłem...
- Jun jesteś wariatem...


Kto nigdy nie żył, nigdy nie umiera,
Nic nie utracił ten co nie miał nic.
Ten kto nie kochał nie wie co tęsknota,
Nie wie co gorycz kto bez marzeń śni.

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
windy mieszkowice sennik statua ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE